Kpina i rozczarowanie, czyli jak „Wprost” kolejny raz nabija czytelników w butelkę

Wprost

Wprost

Nie wierzę, że znów dałam się nabrać. Nie wiem, dlaczego przyszło mi do głowy, że mogę ufać tygodnikowi „Wprost” i jego krzykliwym okładkom, szczególnie, że sama kilka razy na tym blogu zarzucałam im manipulację tytułami. Wydawało mi się jednak, że gdy chodzi o tak ważną sprawę jak molestowanie w telewizji, gazeta nie będzie szukać taniej sensacji, a przeprowadzi rzetelne śledztwo dziennikarskie. Szkoda, że znów się pomyliłam…

Zacznijmy jednak od początku. Artykuł „Wprost” opublikowany dwa tygodnie temu o molestowaniu i mobbingu pracownic w jednej z dużych telewizji wzbudził falę spekulacji i plotek. „Znana dziennikarka” opowiadała na łamach tygodnika o tym, że jej były szef – „popularna twarz telewizyjna” – zachowywał się w stosunku do niej, delikatnie mówiąc, niewłaściwie.

Moje kłopoty z nim zaczęły się od tego, jak powiedziałam mu „nie”. Któregoś dnia podszedł do mnie z tekstem: „Widzę, że nie masz majtek pod dżinsami. Jedziemy do mnie?”. Rzucił też, niby w żartach: „Oprzesz się, suko, o ścianę, a ja wejdę od tyłu”. Byłam tak zawstydzona, że mnie sparaliżowało.

Opis „znanego dziennikarza” pasował do zaledwie kilku osób.

Mój oprawca robi karierę. Przeprowadza wywiady z najważniejszymi osobami w Polsce, ciągle kieruje dużym zespołem telewizyjnym. Ja odeszłam ze stacji. Chcę zapomnieć o sprawie.

Wprost

Wprost

W internecie, na forach, na ulicach i biurowych korytarzach zawrzało. Ruszyła giełda nazwisk, wśród których dominowało jedno. Nikt nie odważył się jednak wypowiedzieć go na głos. Nic dziwnego! Bez dowodów nie można kogokolwiek oskarżać.

Środowisko dziennikarskie oficjalnie nie zabierało głosu w sprawie. Co prawda Jacek Żakowski nawoływał do przerwania zmowy milczenia, ale na niewiele się to zdało. Za takowe nie można bowiem uznać żenującej wypowiedzi Omeny Mensah, która nie dość, że przyznała, iż wie o kogo chodzi, ale nie powie, to jeszcze w niefortunnym wywiadzie stanęła poniekąd po stronie potencjalnego oprawcy.

Jak większość osób wiem o kogo chodzi. Mam nadzieję, że to była sytuacja jakaś jednorazowa, która się więcej nie powtórzy. (…) Trzeba dać do zrozumienia, że jest się w danym miejscu po to, żeby wykonać jakieś zadanie, pracować, a nie po to, żeby romansować. Bo jeśli ktoś chce w życiu coś osiągnąć, to musi liczyć na siebie, a nie na to, że ktoś mu coś załatwi. Jeśli kobieta nie potrafi postawić wyraźnej granicy, to mężczyzna potrafi wyczuć coś takiego.

Dwa tygodnie domysłów i spekulacji. Aż nagle w minioną niedzielę wieczorem „Wprost” publikuje okładkę swojego najnowszego, poniedziałkowego numeru. Na zdjęciu szef „Faktów” TVN i wielki podpis „Ciemna strona Kamila Durczoka. Śledztwo tygodnika Wprost”. Zdjęcie natychmiast jest udostępniane na portalach społecznościowych, wszyscy czekają, na to, co ukaże się w artykule. Nie sposób uniknąć skojarzeń pomiędzy okładką sprzed dwóch tygodni a najnowszą. Kamil Durczok zostaje tego wieczoru mimowolnie naznaczony jako „znany, molestujący dziennikarz”. Także przeze mnie. Błąd, że wydaje wyrok przed przeczytaniem artykułu, ale myślę, że nie byłam w niedzielę w tej kwestii osamotniona.

Gdy w poniedziałek o 7 rano w moje ręcę w końcu wpada najnowszy numer tygodnika, mam ochotę go podrzeć i podeptać. Kolejny raz dałam się nabrać. A wydawałoby się, że wiem, jak to działa, przecież sama pracuję w mediach. W artykule „Ciemna strona Kamila Durczoka” nie ma nawet słowa o aferze z molestowaniem i mobbingiem. Zamiast tego redakcja raczy czytelników opisem zdarzenia z tajemniczego mieszkania na Mokotowie, gdzie widziano Durczoka i gdzie policja znalazła „biały proszek” oraz gadżety erotyczne, zniszczone telefony i filmy pornograficzne. Obchodzi mnie to tyle, co nic! Pan Durczok, o ile jest to zgodne z prawem, może po godzinach pracy robić, co mu się podoba i z kim tylko zechce.

„Wprost” zamiast stać się tygodnikiem demaskującym prawdziwe afery, wystawił się kolejny raz na pośmiewisko. Jednocześnie pokazał, jak można zniszczyć człowieka, nie mając na niego, przynajmniej na razie, absolutnie nic. Wystarczy uruchomić falę spekulacji i dać ludziom pole do wyobraźni. Tabloidowe zagrywki w tygodniku opinii.

Nie staje tym samym w obronie Kamila Durczoka, bo nie o to tu chodzi. Po prostu nie zgadzam się na manipulowanie wizerunkiem oraz faktami, które „Wprost” uskutecznia w najlepsze od dawna, byle tylko podnieść sprzedaż numeru.

Karolina Grabińska

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.